Dlaczego lubię boks?

Dlaczego lubię boks-

W szkole podstawowej nienawidziłam wuefu, a w średniej dodatkowo paliłam papierosy, więc z jakimkolwiek sportem przestało mi być całkowicie po drodze. Czas wolny spędzałam słuchając punkowych kaset na walkmenie i czytając od rana do wieczora książki.

Paradoksalnie, to przez punk rocka ponownie od czasów szkoły sport zawitał w moim życiu. Już po studiach zaczęłam grać na gitarze i w pewnym momencie okazało się, że kilka godzin próby z gitarą na ramieniu doprowadza do piekielnego bólu pleców. Koleżanka zaciągnęła mnie na zajęcia z fitnessu – nawet lekkie wzmocnienie mięśni pleców pomogło.

Później testowałam jeszcze bieganie i podnoszenie ciężarów, ale ostatecznie zdecydowałam się dać szansę sztukom walki i się zakochałam. Myślę, że w jakimś stopniu jest to rodzaj aktywności fizycznej, który jest dla mnie idealny w obecnym momencie mojego życia.

Kiedy kilka lat temu jako grupa znajomych zakładaliśmy Otwarte Klatki, nikt nie spodziewał się, że sprawy nabiorą takiego obrotu. Obecnie jesteśmy całkiem sporą organizacją, prowadzącą kampanie na rzecz hodowlanych. Zatrudniamy już kilka osób i mamy kilkuset aktywistów w całej Polsce. Działamy już za granicą, a lada dzień dołączą do tego kolejne kraje. Jednocześnie hodowcy zwierząt futerkowych starają się ciągać nas po sądach (działalności prozwierzęcej zawdzięczam pierwszą w życiu sprawę karną) i wynajmują osoby, które usiłują mnie śledzić i nagrywać, żeby publikować później kreatywnie zmontowane materiały.

Mimo tego, że wszystkie te problemy nie spoczywają bezpośrednio na moich barkach, bo mam też u boku naprawdę fantastyczny zarząd i mnóstwo innych osób, które wkładają wiele pracy w to, żeby cała organizacja dobrze funkcjonowała i dalej dynamicznie rozwijała się, ilość stresu na jaki jestem narażona praktycznie codziennie jest większa niż w jakimkolwiek innym momencie mojego życia.

I dlatego zakochałam się w boksie. Żaden inny sport nie dał mi tak intensywnego psychicznego odpoczynku. Trening bokserski jest jak intensywna i wycieńczająca medytacja. Można przez godzinę biegać, albo podnosić ciężary i myśleć jednocześnie o dziesiątkach innych rzeczy. Ale jeśli treningu bokserskim rozproszę się na kilka sekund, to mogę po prostu dostać z pięści w twarz. To naprawdę uczy skupienia.

Mogę nadal budzić się rano w panice i zastanawiać się czy wszystko załatwiłam, albo nie móc zasnąć wieczorem, bo w głowie kłębi mi się wiele myśli związanych z moją codzienną pracą. Ale na treningu mam całą godzinę, kiedy myślami jestem tylko tu i teraz i nic innego się nie liczy.

 

 

Co chcesz osiągnąć?

Co chcesz osiągnąć-

Jedynym sposobem na to, żeby realnie coś zmieniać, jest wyznaczyć sobie bardzo konkretny cel i dążyć do jego osiągnięcia bez rozglądania się na boki. Problemem w ruchu działającym na rzecz zwierząt jest błędne myślenie, że chodzi o to jak wiele ambitnych celów chcemy przed sobą postawić, a nie to, czy uda nam się zrealizować którykolwiek z nich.

W Otwartych Klatkach chcieliśmy to robić inaczej. Zależało nam na tym, żeby nie działać według kalendarza – w styczniu protestujemy przeciwko wiwisekcji, a w lutym przeciwko polowaniom na foki. Takie okazjonalne zrywy, które nie są powiązane z żadnymi realnymi celami politycznymi, nie są w stanie nic zmienić.

Czytam dużo książek z zakresu zarządzania czasem czy osiągania celów zawodowych. To nie są pozycje na temat zmian społecznych, tylko zupełnie klasyczna literatura, która pomaga ludziom osiągać cele prywatne i zawodowe. Wątki, które się tam przewijają są uniwersalne:

  • zdecyduj co jest dla Ciebie najważniejsze i skup się na tym,
  • nie daj się wciągnąć w wir bieżących spraw, one wydają się ważne, bo są nieoczekiwane i nagłe, ale tylko odciągają Cię od celu, który masz przed sobą.

Brak skupiania się na celach jest problemem, bo prowadzi do braku skuteczności działalności ruchu. Płacą za niego zwierzęta. To jest jak w matmie. Jeśli pomnożysz przez 0 (czyli brak sukcesu) dowolnie wielką liczbę, to wynik zawsze będzie 0. Nasze ambicje i wielkie plany nie mają znaczenia, jeśli nie są w stanie przekładać się na jakąś wymierną zmianę. 

Nie mam też złudzeń. W świecie tak mocno opartym o wykorzystywanie szczątków i pracy zwierząt, żadna zmiana nie przyjdzie z dnia na dzień. Ale czym innym jest spokojna, systematyczna praca oparta o wiarygodne przesłanki dotyczące tego jaki sposób prowadzenia kampanii może potencjalnie przynieść dobre efekty, a czym innym skakanie co miesiąc od jednej kampanii do drugiej, bo akurat nowa sprawa przykuje naszą uwagę.

Jak już pisałam: w Otwartych Klatkach chcieliśmy inaczej i robimy to inaczej. I cała sprawa nie absorbowałaby mnie już więcej, gdyby nie fakt, że chęć prowadzenia niewielkiej ilości kampanii, ale za to prowadzenia ich dobrze i z dużym zaangażowaniem nie tylko nie spotyka się ze zrozumieniem, ale doprowadza do ataków ze strony innych organizacji oraz osób niezrzeszonych.

Najwyraźniej nie możemy po prostu mieć swojego planu strategicznego, planu kampanii, rozpisanego budżetu i rozłożonych sił, powinniśmy regularnie rzucać wszystko, bo cyrki, bo targi myśliwskie, bo wiwisekcja, bo Yulin.

Dysponujemy określoną ilością czasu, energi i chętnych do działania ludzi. Poświęcamy często jedyny wolny czas jaki mamy do dyspozycji. Jeśli decydujemy się coś robić, to zawsze jest to kosztem czegoś innego. Poświęcając swoje cele dla załatwiania dziesiątek bieżących spraw doprowadza do tego, że osiągnięcie tego celu nie przybliża się nawet o krok. Właśnie w ten sposób nie udaje nam się osiągać naszych celów w życiu i w pracy i w ten sposób nie udaje się celów osiągać organizacjom.

10 sposobów na to jak być aktywistką i nie zwariować

10 SPOSOBÓW NA TO JAK BYĆ AKTYWISTKĄ I NIE ZWARIOWAĆ

  1. Myśl strategicznie

Strategiczne planowanie działań ma tę dobrą stronę, że pozwala nam zawczasu oszacować jakie cele są do osiągnięcia tu i teraz i móc sprawdzić czy nam się to udaje czy nie. Jeśli myślimy i działamy strategicznie to potrafimy skupić się na rzeczach ważnych i poświęcić im należną uwagę. Niektóre z tych problemów mogą być rozwiązane tylko wtedy, kiedy pewna grupa osób zdecyduje się poświęcić na nie cały swój czas i energię. Strategiczne działanie pozwala nam obierać bardziej realistyczne cele i je osiągać. A niewiele rzeczy działa równie motywująco jak sukces.

2. Dostrzegaj sukcesy

Dla wielu aktywistów i aktywistek szklanka jest zawsze do połowy pusta. Zakaz hodowli zwierząt na futro w Holandii? Narzekamy, bo dopiero teraz i do tego z okresem przejściowym. Znana osoba została wegetarianką i mówi o tym w telewizji? Krytykujemy, bo dalej pije mleko.

Nasze cele są bardzo ambitne i rzeczywistości bardzo daleko jeszcze do tego ideału. Jeśli będziemy skupiać się na tym jak dużo światu brakuje do utopii, którą nosimy w sercu, będziemy ciągle się frustrować. Skupiajmy się na tym jak dużo zmieniło się na dobre przez ostatnie 5, 10, 50 lat i z tego czerpmy siłę do dalszego działania.

3. Walcz z gniewem

Nie jest niczym zaskakującym, że nasza wiedza na temat realiów hodowli zwierząt wywołuje gniew. W ruchu prozwierzęcym jest dużo gniewu: złościmy się na hodowców, rząd, innych aktywistów i całe społeczeństwo. Można mieć czasami wrażenie, że tylko aktywiści pełni gniewu są uważani za prawdziwych aktywistów.

Problem w tym, że to nie jest emocja, która może nas napędzać długo bez siania spustoszenia w nas samych. Gniew dodatkowo czyni nas nieracjonalnymi i nieprzekonywującymi i w ten sposób działa przeciwko nam i nie pozwala na osiąganie naszych celów.

Walczymy o lepszy świat i chcemy obudzić w ludziach więcej dobrych emocji wobec zwierząt. Warto takich emocji poszukać też w sobie i na nich opierać swoje działania. Warto karmić się emocjami, które faktycznie nas odżywiają.

4. Pamiętaj, że to wojna, która będzie trwała długo.

Zbyt często żyjemy w poczuciu, że od musimy zrobić jak najwięcej i to jak najszybciej. Zmiana świata nie jest jednak prostym zadaniem, a zmiana którą my chcemy dokonać jest prawdopodobnie trudniejsza od zmian, o jakie walczyły którekolwiek inne ruchy społeczne. To wojna, która będzie trwała naprawdę długo, a jej wygranie nie zależy tylko od Ciebie. Kiedy potrzebujesz chwili wolnego, zaufaj, że inni będą w tym czasie pracować i świat się nie zawali. Jeśli nie dbasz o siebie i działasz pod ciągłą presją, to w końcu wypalisz się i znikniesz z tego ruchu, a zwierzęta stracą swojego sprzymierzeńca.

5. Pamiętaj o swoich niedoskonałościach

Łatwiej nie frustrować się niedociągnięciami innych osób, jeśli zdajemy sobie sprawę, że sami też nie jesteśmy święci. I nie musimy być. Dbanie o poprawę swoich nawyków jest słuszne, ale być może nie warto poświęcać zbyt dużo czasu na dążenie do doskonałości. Wady w innych i w sobie czasami najlepiej po prostu zaakceptować i skupić się na ważniejszych rzeczach.

6. Pamiętaj o swoich mocnych stronach

Możemy ocenić które zadania są ważne i kluczowe, a które mniej, ale warto pamiętać też o tym, że nie do każdej pracy będziemy się nadawać. Być może nie warto nastawiać się tylko na to, że będziemy robić same przyjemne rzeczy i tylko to co sprawia nam frajdę, ale wybieranie sobie aktywności, które spowodują, że odechce nam się żyć też nie jest nikomu potrzebne. Rozejrzyj się dobrze i znajdź dla siebie coś w czym będziesz się sprawdzać i do czego będzie chciało Ci się wracać. Jeśli masz ambicje działania na rzecz zwierząt naprawdę długo, to nie dasz rady, jeśli to co robisz nie będzie dawało Ci satysfakcji.

7. Działaj zamiast rozpaczać

Wiele osób ruchu prozwierzęcym czuje moralny obowiązek zapoznawania się ze wszystkimi nowymi dokumentami na temat hodowli zwierząt i kolejnymi dowodami na to, że nie ma okrucieństw, którym gdzieś na świecie nie byłyby poddawane zwierzęta. Musimy zdawać sobie sprawę, że oglądanie takich materiałów jest dla nas bardzo obciążające, a zwierzętom wcale nie pomaga. Nie musimy czuć obowiązku cierpieć tak, jak cierpią zwierzęta. Powinniśmy czuć obowiązek, żeby jak najszybciej z tym cierpieniem skończyć.

8. Sprzeciwiaj się wewnętrznym konfliktom

Osoby działające na rzecz zwierząt są często atakowane przez media, przez hodowców, a nawet przez przypadkowych przechodniów. Jednak najgorsze ataki to te, których autorami i autorkami są osoby po naszej stronie barykady. W każdym ruchu społecznym powinno być miejsce na zdrową debatę o strategii i taktyce. Ale zasypywanie oskarżeniami o zdradę ideałów, „sprzedanie się”, działanie na szkodę zwierząt to zachowania, na które miejsca zdecydowanie być nie powinno.

Zbyt często zamiast pamiętać o tym, że łączy nas wspólny cel, skupiamy się na drobnych różnicach, które nas dzielą. Każdemu przyda się trochę pokory. Nie potrafimy przewidywać przyszłości i nie wiemy co dokładnie zadziała, a co nie. Nie oznacza to, że nie ma znaczenia jak działamy, bo zawsze powinniśmy opierać się na najlepszych na daną chwilę przesłankach. Różnorodność w ruchu jest wartością, a do wielu celów można dojść na wiele sposobów.

9. Rozwijaj się

Warto dostrzegać, że działanie na rzecz zwierząt rozwija nas też osobiście. Uczymy się występować przed kamerą, montować filmy, robić dobre zdjęcia, pisać informacje prasowe, prowadzić szkolenia i setki innych rzeczy. Nie ma nic złego w tym, że w działaniu dla innych odnajdziemy też wartość dla siebie. Co więcej, być może warto nawet stawiać na własny rozwój, bo to czyni nas coraz lepszymi aktywistami. Są też przesłanki za tym, że rozwijanie umiejętności daje nam pewność siebie, która pozwala lepiej radzić sobie ze stresem i ułatwia podnoszenie się po porażkach.

10. Dbaj o siebie

Dobrze się odżywiaj, uprawiaj sport, spotykaj się ze znajomymi i odpoczywaj. Jeśli nie będziesz dbać o siebie to nie będziesz w stanie robić ważnych rzeczy dla zwierząt za jakiś czas. Nawet jeśli wydaje Ci się, że świetnie sobie radzisz robiąc to rok czy dwa, to posłuchaj co mają na ten temat do powiedzenia aktywiści, którzy są w tym ruchu po 20-30 lat. To nie sprint tylko ultramaraton. Musisz dzielić siły tak, żeby starczyło ich na bardzo długo.

A gdyby chodziło o ludzi?

A gdyby chodziło o ludzi-

Teoretycy i teoretyczki ruchu prozwierzęcego krytykujacy takie incjatywy jak Meatless Mondays, Veganuary czy wszelkie inne pomysły, które mają na celu inspirowanie ludzi do wykluczania produktów pochodzenia zwierzęcego w ściśle określonych momentach posługują się z reguły jednym, powtarzanym do znudzenia argumentem: “A gdyby chodziło o ludzi? Przecież nie popieralibyśmy poniedziałków bez pedofilii, albo niestosowania przemocy domowej przez jeden miesiąc w roku”.

Podstawowy problem z tym argumentem polega na tym, że dokonuje się próby porównania przemocy wobec ludzi, której sprzeciwia się zdecydowana większość społeczeństwa i praktyki zjadania zwierząt, w której uczestniczy zdecydowana większość społeczeństwa. Czy stopień poparcia postulatów przez społeczeństwo powinien wpływać na stosowaną przez ruch społeczny strategię? Trudno mi wyobrazić sobie, że tak duża różnica może nie mieć znaczenia.

Jeśli przemoc wobec zwierząt związana z funkcjonowaniem przemysłu mięsnego jest społecznie akceptowana, to szukając przykładów kampanii dotyczących przemocy wobec ludzi, również warto rozejrzeć się za działaniami, które mają na celu zwalczanie przemocy powszechnej i akceptowanej przez dane społeczeństwo. Amy Cuddy, w swojej książce “Presence: Bringing Your Boldest Self to Your Biggest Challenges” podaje przykład takiej kampanii.

Wszystko zaczęło się w 1992 roku w Bostonie, gdzie grupa duchownych podjęła próbę powstrzymania wojny gangów w okolicznej dzielnicy. Kiedy udało się im już nawiązać nić porozumienia z okoliczną młodzieżą, zaproponowali rozejm, który miał trwać od Święta Dziękczynienia do Nowego Roku. Duchowni sami przyznają, że dawanie takich ścisłych ram wywoływało u nich moralny dyskomfort. Ciężko było odpowiadać dzieciakom na pytania w stylu: “Okej, to przestajemy strzelać do siebie o północy w środę? Czy dopiero rano w Święto Dziękczynienia? A możemy znów strzelać 31 grudnia, czy dopiero 1 stycznia?”

Jeden z pomysłodawców rozejmu przyznawał: “Walczyłem ze sobą. Najchętniej powiedziałbym im: nie chcę, żebyście w ogóle zaczęli znów strzelać. (…) Ale chodziło nam o to, żeby byli w stanie zawrzeć rozejm i dać im poczucie jak to jest iść przez dzielnicę nie musząc oglądać się co pięć sekund przez ramię”. Czy pomysł duchownych zadziałał? Możecie wysłuchać wykładu jednego uczestników tej kampanii na na TED: “How we cut youth violence in Boston by 79 percent“. Warto dodać, że wydarzenia tamtego okresu przeszły do historii jako “Boston Miracle”.

Kampanie, które mają na celu czasowe ograniczenie przemocy wobec ludzi miały miejsce. Bostoński cud nie jest jedynym takim przypadkiem. Lektura materiałów na temat sposobów radzenia sobie z przemocą w dzielnicach opanowanych przez gangi da wiele przykładów innych, ale bardzo podobnych kampanii. Trafiłam nawet na informacje o kampanii zainicjowanej przez rodziców zabitych dzieciaków, której centralnym postulatem były niedziele bez strzelanin.

Takie kampanie działają. Dają szansę zasmakować życia bez przemocy. Tak samo jak poniedziałki bez mięsa i 30-dniowe wegetariańskie wyzwania. Wspierajcie je, podsyłajcie informacje o nich znajomym i nie słuchajcie ludzi, którzy je atakują. Nie odrobili po prostu zadania.

Nie poddam się. Wiem, że wygramy.

Untitled design (8)

Hodowcy zwierząt na futro znów przypuszczają atak bezpośrednio na Otwarte Klatki, a pośrednio na mnie. Klasyka. Chodzi nam tylko o pieniądze i do tego jemy mięso jak nikt nie patrzy.

Czasami zastanawia mnie czy osoby, które próbują zwalczać ludzi i organizacje walczące o sprawiedliwość zaczną posługiwać się nieco bardziej kreatywną retoryką. Może się to okazać niemożliwe, bo jest szansa, że otwarty umysł jest też umysłem bardziej wrażliwym na cierpienie słabszych, w tym zwierząt.

Śmieszy mnie trochę podstawowy zarzut: pieniądze. Jeśli ktoś naprawdę chce robić pieniądze to:

a) zakłada hodowlę norek

b) zakłada organizację społeczną?

Ja nie wiem w jakim świecie żyją ludzie, którzy próbują wmawiać światu, że w organizacjach pozarządowych są jakieś wielkie pieniądze. I dlaczego właściwie zamiast pisać głupoty nie założą po prostu stowarzyszenia albo fundacji, skoro to TAKI ŚWIETNY INTERES?

99% osób działających w organizacjach to wolontariusze, a jeśli komuś uda się już znaleźć jakiś etat to za bardzo słabe pieniądze. A etatowa praca w organizacji oznacza po prostu, że robisz 40-godzin etatowych, a w tak zwanym wolnym czasie robisz dalej to samo, ale już za darmo. Tak samo jak wszyscy Twoi znajomi. Znam mnóstwo osób zatrudnionych w NGO, więc wiem co mówię.

Jeśli ktoś decyduje się na pracę w NGO lub działanie w NGO jako wolontariusz, to znaczy, że to o co walczy jest dla niego bardzo ważne. Jest wiele alternatyw dla spędzania wolnego czasu. Organizacje społeczne dają nam możliwość udziału w tworzeniu świata bardziej sprawiedliwego i bardziej przyzwoitego. To naprawdę niesamowite uczucie, kiedy wiesz, że przykładasz swoją cegiełkę do tego, żeby komuś słabszemu i uciskanemu było lepiej. To uczucie, którego nie da się zastąpić niczym.

Właściwie współczuję ludziom, którzy nie potrafią zrozumieć, że można coś robić z pobudek innych niż finansowe. Że można coś kochać, w coś wierzyć i chcieć o coś walczyć. Teraz stałam się znów obiektem ataków, ale wolę walczyć o to w co wierzę i być za to atakowana, niż być cyniczną marionetką na usługach hodowców. 

Nie poddam się. Wiem, że wygramy.

PS.: Nie wiem czy temat jedzenia mięsa zasługuje na komentarz, bo każdy kto nie chował się pod kamieniem przez ostatnich 10 lat wie, że najlepsze burgery to te wegańskie. Krowarzywa, Chwast Food, Tygrys (r.i.p), sami wiecie.

Jestem z nas dumna

-Uważasz, że jestem arogancka- Moim zdaniem to po prostu trafna samoocena, ponieważ ciężko haruję na to, żeby być tak dobra jak jestem i jestem z siebie dumna- - Ronda Rousey (2)

Nie pierwszy raz słyszę, że Otwarte Klatki są aroganckie. Ostatnio przeczytałam biografię Rondy Rousey*, która też jest powszechnie uważana za arogancką. Poszukałam więc w niej stosownego cytatu, który pasuje moim zdaniem do tej sytuacji. Efekt widoczny powyżej.

Jestem bardzo dumna z wielu rzeczy, które zrobiły Otwarte Klatki. Większość nie jest moją zasługą, więc jestem dumna głównie z tego, że mogę pracować z tak oddanymi, pracowitymi i wspaniałymi ludźmi.

Działam w różnych grupach i organizacjach od kilkunastu lat i nie mam wątpliwości, że etyka pracy w Otwartych Klatkach jest na bardzo wysokim poziomie. Kilka przykładów:

  • zdecydowaliśmy się na taką formę działalności wiedząc, że może ona się wiązać z ciąganiem nas po sądach. Teraz mamy już sprawę karną (jak przewidzieliśmy), ale dalej wierzymy w to co robimy i będziemy robić to dalej.
  • poświęcamy naprawdę dużo czasu na uczenie się od innych. Sporo osób z Otwartych Klatek poszło na doszkalające kursy, żeby być lepszymi aktywistami. Wymieniamy się książkami na temat skutecznego aktywizmu i organizujemy własne wewnętrzne szkolenia z różnych dziedzin. I ludzie zarywają noce i jadą setki kilometrów, żeby w tym uczestniczyć, bo wiedzą, że to ważne.
  • zatrudniliśmy pracownika po prostu składając się na jego pensję. A więc grupa osób, które wkładają mnóstwo czasu w działanie w Otwartych Klatkach zdecydowała się dodatkowo co miesiąc przekazywać kilkaset złotych, żeby z tego wyszła jedna pensja, dzięki której możemy rozwinąć pewną sferę działalności, na której nam zależało.
  • część z nas dostosowała swoje plany zawodowe do działania w organizacji i często zmniejszyła dochody, żeby poświęcać więcej czasu na kampanie prozwierzęce (na przykład przechodząc na 3/4 etatu).
  • wiele osób okresowo nie dosypia, bo montują filmy, pracują przy festiwalach, czy robią inne rzeczy, które wymagają zarywania nocy. Naprawdę czuję, że jak trzeba coś zrobić to my to po prostu robimy, nie czekając na magiczny moment w którym “będę mieć więcej czasu”.
  • część z nas całkowicie zmieniła obszar, którym się zajmuje, tylko dlatego, że taka akurat była potrzeba. To cecha, którą bardzo szanuję w aktywistach i aktywistkach. Myślenie w kategoriach celów, które trzeba osiągnąć, a nie tego, co najbardziej przyjemnie mi się robi.

Szczerze mówiąc, za każdym razem kiedy usiądę i pomyślę o tym, jak ciężko przepracowaliśmy ostatnie trzy lata, to mam poczucie, że gdybym nie miała tak wysokiego zdania o Otwartych Klatkach i ludziach, którzy tę organizację tworzą, to byłoby to dla nich po prostu obraźliwe. Nie widzę nic złego w tym, że ma się o sobie wysokie zdanie, jeśli naprawdę ciężko się haruje na to, żeby być dobrym.


 

* Ronda Rousey jest medalistką Igrzysk Olimpijskich w judo i zawodniczką MMA. Powszechnie uważa się, że była na tyle dobra, że dzięki niej kobiety mogą w ogóle walczyć w UFC. Do czasu przegrania walki z Holly Holm była w MMA niezywciężona i była określana mianem najbardziej dominującego zawodnika (płci obojga).

10 dobrych wiadomości

12347803_791993367596161_8007294996729804774_n

Jarmużex z Krowarzywa

Weganizm w Polsce ma się dobrze. Bardzo dobrze. Tak dobrze, że według Happy Cow, Warszawa jest najszybciej rozwijającym się rynkiem wegańskim na świecie. Pokusiłam się o stworzenie zupełnie subiektywnej listy 10 najlepszych rzeczy, jakie przydarzyły się polskiemu weganizmowi w ciągu ostatnich paru lat

  1. Krowarzywa. Kilka lat temu byłam w Belgii i szalenie zazdrościłam Belgom tego, że nawet jeśli ich kuchnia narodowa jest jajeczno-mleczna, to w każdej knajpie można dostać wegańskiego hamburgera. Teraz w Warszawie mamy bardzo podobną sytuację i ciężko nie powiązać jej z niezwykłą popularnością “Krowy“, która przetarła szlaki i udowodniła, że kotlety z roślin da się zrobić i do tego są w stanie konkurować z wołowiną… i wygrywać.
  2. Jadłonomia. Tego z kolei zazdroszczą nam Czesi. U nich najpopularniejszą książką kucharską zeszłego roku była jakaś absolutnie mięsna publikacja. Marta Dymek wprowadziła kuchnię wegańską pod strzechy i wielka jej za to chwała.
  3. Mleko sojowe. A właściwie to, że od jakiegoś czasu można je dostać bez dopłat w największych sieciówkach. To działo się stopniowo i ciężko dostrzec “ten” moment, ale pamiętam jeszcze czasy kiedy słyszało się we Wrocławiu, że gdzieś w Warszawie da się zamówić mleko sojowe do kawy. Dzięki Starbucks, Nero, Costa i So!coffee, kawę z mlekiem sojowym można wypić nawet na dworcu.
  4. Anita Werner. Znane osoby przechodzące na weganizm to zawsze dobra wiadomość. Jednak liczy się nie tylko rozpoznawalność tych osób, ale również ich wiarygodność. Dobra dziennikarka dużej stacji telewizyjnej warta jest więcej niż dziesięć gwiazdek, o których wiemy tylko dzięki jakimś idiotycznym ekscesom opisywanym przez Pudelka.
  5. Damian Parol/VeganWorkout. Bez sensu byłoby rozbijać to na dwa punkty, tym bardziej, że mowa o osobach, które często ze sobą współpracują. Dziewczyny wybierające sałatkę zamiast kotleta nikogo nie dziwią. Musimy zmierzyć się jednak ze stereotypami związanymi z męskością, siłą… i jedzeniem roślin. Tłumy przychodzące na wykłady Damiana i Emila pokazują, że zainteresowanie tematem jest. Mam nadzieję, że wegańskich chłopaków będzie przybywać i będą chodzić na siłownię.
  6. Vegan Hero. Weganizm na luzie i ze świetnym poczuciem humoru, nie powielający mitów i nie promujący pseudonauki. Tego brakowało w polskim internecie, ale teraz już jest. Subskrybujcie.
  7. Polsoja. Dzięki tej firmie wegański ser stał się dostępny w wielu sklepach osiedlowych. Możecie mówić, że są lepsze sery wegańskie niż Wege Plastry, ale dla mnie dostępność jest niesamowitą zaletą. Jeśli teraz chcę zjeść bułkę z serem to idę do sklepu po drugiej stronie ulicy, a nie robię zamówienie przez internet i czekam tydzień.
  8. Więcej Wegańskich. Newsy o wszystkim co nowe i wegańskie. Oczywiście stron, które wrzucają informacje o wegańskich zdobyczach jest wiele, ale WW zasługuje na specjalne uznanie za prowadzenie komunikacji ze sklepami i sieciami oraz zdroworozsądkowe podejście do weganizmu.
  9. Roślinniejemy. Kampania Roślinniejemy ma na celu przekonywanie barów i restauracji w całej Polsce do wprowadzania opcji roślinnych. Knajpy wegańskie są świetne, ale opcje wegańskie muszą w końcu pojawić się wszędzie. Tak, żeby ludzie mogli próbować dań roślinnych w miejscach, które już znają, i do których mają zaufanie. Żeby zmiana diety nie musiała oznaczać zmiany innych przyzwyczajeń. Do kampanii weszło już ponad 200 lokali. Jeśli Ty też pomożesz, będzie ich znacznie, znacznie więcej.
  10. Pragmatyczni weganie i wegetarianie.  Jest ich w Polsce coraz więcej. Polski weganizm to już nie tylko “Wegetariański Świat”, ale cała masa osób, które interesują się nauką, skuteczną komunikacją, efektywnym aktywizmem. Dzięki takim ludziom w końcu nam się uda.

Wegańskie klopsiki w sklepie z meblami i dobrze zadane pytania

10922562_1027571723924324_6212160496974323724_n
Jestem weganką, która podróżuje i często jada poza domem. Czasami możliwość wyskoczenia do knajpy jest jedynym sposobem na zjedzenie jednego ciepłego posiłku w ciągu dnia.

Dlatego jestem wielką fanką kampanii Roślinniejemy, którą prowadzi moje stowarzyszenie. Nie pomagam w niej tak bardzo jak bym chciała, ale chylę czoła przed osobami, które poświęcają czas na spotkania z menadżerami i właścicielami lokali w całej Polsce i przekonywanie ich do wprowadzenia wegańskich/roślinnych opcji do menu.

Lubię i cenię całkowicie wegańskie lokale, ale uważam, że prawdziwym sukcesem i dużym krokiem do przodu dla zmniejszenia konsumpcji produktów odzwierzęcych i ratowania życia zwierząt będzie możliwość zjedzenia całkowicie roślinnego i smacznego posiłku wszędzie.

Zdarzyło mi się kilka razy rozmawiać z restauratorami i mam wrażenie, że z reguły zupełnie niewłaściwie podchodzą do całej sprawy wprowadzania opcji wegańskich. Mówienie “u nas weg(etari)anin może coś zjeść” to nie jest satysfakcjonująca odpowiedź.

Lokale – szczególnie w dużych miastach – powinny w coraz większym stopniu zadawać sobie pytania:
– jak dużo pieniędzy wegetarianin będzie tu w stanie zostawić?
– czy nasza oferta jest na tyle atrakcyjna, żeby wegetarianie w ogóle tu przyszli?

10 lat temu byłam całkiem zadowolona jedząc na mieście frytki z surówką. Obecnie nie weszłabym do knajpy, w której to jedyna opcja dla wegan i wegetarian.

Jeszcze do niedawna robiąc zakupy w IKEA, wpadałam na porcję frytek i płaciłam za to jakieś grosze, ale IKEA nie miała mi do zaoferowania nic więcej. Teraz biorę frytki, porcję wegańskich klopsików i do tego dwa kilogramowe opakowania mrożonych klopsików na wynos i zostawiam kilkakrotnie więcej złotówek w ich kasie. Tylko dlatego, że w końcu mają w ofercie coś, co mnie jako klientkę interesuje.

Weganizm i wegetarianizm to są może nadal opcje mniejszościowe, ale robią się na tyle popularne, że szczerze liczę na to, że coraz więcej restauracji i barów będzie oferowało sensowne dania na poziomie i przestaną postrzegać wegan i wegetarian jako klientów drugiej kategorii, którzy zjedzą byle co.

Oferta dań roślinnych to nie jest tylko oferta dla wegan i wegetarian. Coraz więcej osób rezygnuje z mięsa (spożycie w Polsce spadło o 8% na osobę w ciągu ostatnich 4 lat i spada nadal), więc jest spora szansa, że ci, którzy ten trend zignorują, po prostu wypadną z gry. IKEA już zauważyła wegan, czekamy na inne sieci.

*zdjęcie nie przestawia klopsów wegańskich. To prezentacja tego jak wygląda jedzenie wegańskie w Polsce w wersji bez polotu.

Dlaczego ruch praw zwierząt potrzebuje feminizmu?

Wegańskie uściski na Kongresie Kobiet

To tekst, który przygotowałam na panel w Centrum Zielonym na VII Kongresie Kobiet. Gdybym mówiła w sposób bardziej uporządkowany, to tak właśnie by to zabrzmiało.


Jestem przedstawicielką ruchu działającego na rzecz praw zwierząt. Ten ruch utożsamia się z ruchem ekologicznym, ale jest to bardzo duże uproszczenie. Ruch prozwierzęcy nie zgadza się na traktowanie zwierząt jako surowca, którym możemy gospodarować w bardziej lub mniej odpowiedzialny sposób. Istnieje konsensus naukowy dotyczący tego, że zwierzęta są istotami świadomymi, a poziom ich świadomości nie różni się znacząco od ludzkiej. Są istotami, którym nie jest bez różnicy co się z nimi dzieje, które nawiązują skomplikowane relacje, mają swoje preferencje i chcą decydować o swoim życiu. Dostrzegając wartość jednostek, ruch prozwierzęcy sytuuje się raczej w tradycji ruchów walczących o sprawiedliwość społeczną, niż w tradycji konserwacji przyrody.

Naszym zdaniem życie zwierząt ma wartość samą w sobie, niezależnie od tego, czy są to zwierzęta będące pod ochroną. Ilość jednostek nie ma tu znaczenia. Uznajemy, że ich ciała należą do nich i my nie mamy prawa decydować co się z tymi ciałami dzieje. Nie mamy też prawa zawłaszczać ich sił reprodukcyjnych dla naszych celów, jak dzieje się to przy produkcji mleka lub jajek, lub rozmnażania zwierząt na potrzeby dalszego chowu. Biorąc pod uwagę skalę problemu – ilość zwierząt zabijanych każdego roku – jedzenie mięsa jest największym problemem przemocy i okrucieństwa z jakim mamy współcześnie do czynienia.

Naszym celem jest podważanie hierarchii, której częścią jest również dyskryminacja kobiet. Kobiety są może drugą płcią, ale najniżej w naszej hierarchii są właśnie zwierzęta. Jedzenie mięsa jest tak samo normalne i naturalne i niewidzialne jak heteroseksizm. U podstaw jedzenia mięsa stoi opresyjna ideologia, która pozwala nam zapomnieć o tym, że istnieją jednostki. To ten sam sposób myślenia, który robi z ludzi anonimowych uchodźców i pozwala, żeby problemy indywidualnych kobiet zniknęły z debaty o prawie do aborcji.

Zależało mi na tym, żeby pojawić się na Kongresie Kobiet, ponieważ ruch feministyczny był pierwszym ruchem społecznym z którym się związałam. Ponadto, im dłużej działam na rzecz zwierząt tym bardziej zdaję sobie sprawę z tego, że pewnych spraw dotyczących zwierząt nie uda nam się rozwiązać bez rozwiązania pewnych problemów związanych ze stereotypami płciowymi, oraz pozycją kobiet w społeczeństwie.

Podstawową sprawą jest temat jedzenia mięsa, szczególnie jeśli wiemy o tym, że prawie każde zwierzę zabijane w Polsce jest zabijane właśnie dla mięsa. Ciężko jest dyskutować o mięsie i etyce nie podejmując jednocześnie dyskusji nad rezygnacją lub ograniczeniem jego spożywania. Tutaj natykamy się jednak na barierę związaną ze stereotypami płciowymi. O ile kobieta ograniczająca jedzenie, odmawiająca zjadania kotleta, mieści się w normie, o tyle dla mężczyzn jest to już sprawa bardziej skomplikowana. Mężczyzna, który nie je mięsa jest postrzegany jako zniewieściały. Stereotypowe postrzeganie męskości jest tym samym istotną barierą w zmianie diety przez połowę społeczeństwa i tutaj nasza nadzieja w sukcesach ruchu feministycznego w obalaniu tych stereotypów.

Kiedy byłam związana z ruchem feministycznym wyrobiłam sobie nawyk liczenia kobiet. I jak to wygląda od strony liczbowej? Ruch prozwierzęcy jest prawie tak samo sfeminizowany jak ruch feministyczny. Niezależnie od kraju, składa się on w 80% z kobiet. A jak wiemy na przykładzie pielęgniarek czy przedszkolanek, każda grupa, która jest sfeminizowana, przestaje się liczyć, nie jest poważnym partnerem do dyskusji. Jeśli postulaty kobiet nie będą traktowane jak poważne postulaty polityczne, to postulaty sfeminizowanego ruchu prozwierzęcego nie będą również traktowane poważnie.

Zaobserwowałam również, że o ile w ruchu działającym na rzecz zwierząt mamy do czynienia z 80% kobiet, to sprawy mają się zupełnie inaczej kiedy przyglądamy się liderom, prezesom, czy rzecznikom, i nieprzypadkowo używam tutaj męskiej formy. Obserwuję ten problem od wielu lat, liczę osoby występujące na konferencjach i wypowiadające się w imieniu swoich organizacji. To zjawisko obserwuję zarówno w Polsce jak i za granicą (aczkolwiek czasami mam wrażenie, że w Polsce proporcje mamy bardziej wyrównane niż w zachodnioeuropejskiej czy amerykańskiej części ruchu). Dysproporcja płciowa w ruchu działającym na rzecz zwierząt jest tak duża, że nawet połowa władzy jest postulatem dyskryminującym kobiety.

Dlaczego miałoby to mieć znaczenie w sytuacji kiedy mówimy o organizacjach społecznych, często nie zatrudniających nikogo i opierających się na wolontariacie? Jeśli funkcjonują mechanizmy, które sprawiają, że kobiety są mniej skłonne do zajmowania stanowisk liderskich, to znaczy, że sami podcinamy skrzydła sprawie, o którą walczymy. Pula kobiecych talentów jest dużo większa, ale wybieramy spośród stosunkowo niedużej puli talentów męskich, które mamy do dyspozycji.

Mam czasami poczucie, że kobiety które zdobywają wyższe pozycje w swoich organizacjach są zaszczuwane. Wiem, że to nie jest problem dotykający tylko polskiego ruchu, bo mam też koleżanki, które są prezeskami organizacji w innych krajach i wiem, że stykają się z bardzo podobnymi problemami. Warto pamiętać, że przeprowadzano eksperymenty, które wykazały, że o ile kobiety na stanowiskach przywódczych są bardzo często uważane za bardzo kompetentne, to po prostu nie są lubiane.

Oprócz wielu obciążeń wiążących się z odpowiedzialnością za prowadzoną organizację, kobiety muszą więc dodatkowo zmagać się z bagażem bycia suką. Jest to bagaż, który towarzyszy każdej kobiecie, która wychodzi przed szereg – zarówno przed szereg kolegów, jak i koleżanek.

Gdyby ruch feministyczny nie dał mi umiejętności rozumienia jak działają takie schematy to nie poradziłabym sobie z prowadzeniem organizacji. Feminizm dał mi niezbędne narzędzia i ja tymi narzędziami mogę teraz dzielić się również z kobietami z innych organizacji, z którymi współpracuję.

Koda – Carol J. Adams, “Neither Man Nor Beast: Feminism and the Defense of Animals”

Untitled design (2)

(tłumaczenie z Neither Man Nor Beast: Feminism and the Defense of Animals)

Dzień po Marszu dla Zwierząt w 1990 roku w Waszyngtonie, w Washington Post pojawił się opisujący go artykuł. Opisano w nim sam marsz i zacytowano obrońcę zwierząt, który stwierdził – „nie jesteśmy już ruchem małych staruszek w tenisówkach”.

Chciałabym żyć na tyle długo, aby zostać zakwalifikowana jako mała staruszka. Gdyż w przeciwieństwie do osoby, która o tym mówiła, jest to kategoria do której aspiruję.

W końcu wynika z tego, że „zanim reszta z nas odkryła jak ważne są kwestie dotyczące opresji zwierząt, zrobiły to starsze panie”. Być może kiedy zaczynały agitować na rzecz zwierząt nie były jeszcze małymi staruszkami. Ale ludzie nie chcieli spojrzeć w oczy prawdzie o tym, co robimy zwierzętom i w międzyczasie zdążyły się zestarzeć.

Wiemy, że antywiwisekcyjny ruch w Wielkiej Brytanii w 19 wieku upadłby bez kobiet. Wiemy, że w chwili obecnej około 75% ruchu na rzecz praw zwierząt stanowią kobiety.

A oto, co wiem na temat małych staruszek:

Kiedy kobiety starzeją się, stają się z reguły bardziej radykalne. Kiedy mężczyźni się starzeją, mają tendencję do popadania w większy konserwatyzm.

Dr. Gideon Seaman i Barbara Seaman twierdzą, że kobiety z wiekiem zaczynają odstawiać mięso. Nauczyły się słuchać swojego ciała. Słuchanie swojego ciała jest czymś, co nasza kultura stara się zwalczać. W pewnym sensie posługujemy się etyką odcieleśnionej dominacji: etyką, która nie bierze pod uwagę wpływu na nasze ciała i konsumpcję zwierząt z ciała ziemi, etykę, która lekceważy zwierzęta i ich ciała.

Inne kultury wykazują szacunek wobec starszych pokoleń, szczególnie wobec kobiet: ceni się ich mądrość. Kultura zachodnia rzuca w stronę starych kobiet wiele epitetów, nazywa je staruchami, „paskudnymi wiedźmami”, czy „jędzami”. (…) Zaledwie kilkaset lat temu, w czasie olbrzymiej antykobiecej kampanii, setki tysięcy kobiet oskarżono o czary: wiele z nich było małymi staruszkami lub samotnymi kobietami zajmującymi się leczeniem przy pomocy ziół lub będących akuszerkami. Wiele z nich oskarżono o trzymanie chowańca – oswojonego zwierzęcia, które miało być jakoby równie zaczarowane. Keith Thomas opisywał je w ten sposób:

Ale czy te zwierzęta domowe lub nieproszeni towarzysze postrzegani byli jako posiadający magiczne zdolności to już inna sprawa. Stworzenia te mogły być jedynymi przyjaciółmi samotnej starej kobiety, a imiona, które im nadawano sugerują bliską relację(…)

Kiedy muchom i myszom nadaje się osobowość – daje się im imiona, postrzega w sposób indywidualny, nawiązuje się z nimi kontakt – powstaje grunt pod etykę, która przełamać może ich opresję.

Cierpienie zwierząt jest szczególnie niewidoczne dla przeciętnego konsumenta. Działy sklepów sprzedające mięso nigdy nie pokazują filmów o zwierzętach zarzynanych lub uwięzionych na farmach, a na produktach AGD nie znajdziesz zdjęć eksperymentów na zwierzętach, które stanowiły część ich testowania. To, co ludzie uważają za pewne w swoim życiu, wymaga niewidzialności zwierząt i opresji, której doświadczają. Wyzwanie, któremu stawiamy czoła to sprawić, aby to co niewidzialne – i co ludzie aktywnie pragną pozostawić niewidzialnym – stało się bardzo widoczne. Kiedy zwracamy uwagę na eksperymenty na zwierzętach, demaskujemy tradycyjne etyczne, moralne i religijne dyskusje, które ignorowały zwierzęta.

Zajmowanie się sprawami zwierząt jest postrzegane tradycyjnie jako coś osobistego i emocjonalnego – coś utożsamianego z małymi staruszkami. Które, pamiętajmy, jak wszystkie kobiety, nie mogą wnieść nic do dyskusji na temat tego co etyczne, moralne, czy religijne. Przypomnijmy, co powiedział Spinoza: „Sprzeciw wobec zabijania zwierząt ‚oparty był na zabobonach i kobiecej czułości, a nie na zdrowym rozsądku’”. Drzemiąca we mnie złośliwa i przewrotna starucha pyta kto zdecydował, czym jest „zdrowy rozsądek”? Dlaczego czułość postrzegana jest jako cecha negatywna, tożsama ze zniewieściałością? Obrońcy zwierząt obalają dominujące przekonania, a to z konieczności, będzie wiązało się z podejściem feministycznym, które uznaje, że te nielegalne emocje są trafne.

(…)

Co dzieje się, gdy grupa, które sama ma być niewidzialne próbuje uwidocznić problematykę związaną ze zwierzętami? Co dzieje się, gdy małe staruszki chcą stworzyć dla zwierząt miejsce w naszej świadomości, gdy mówią o krwawiących ciałach zwierząt? Seksizm sprawi, że kultura dominująca oceni je negatywnie. Ale wiele z nas pójdzie ich śladem, mając oczywiście na nogach nieskórzane tenisówki.

bell hooks przekonuje, że teoria feministyczna musi być adresowana zarówno do marginesu jak i do centrum. Teorii, która wywodzi się jedynie z centrum – z pozycji przywileju – „brak jest pełni, brak szerokiej analizy, która objęłaby różnorodność ludzkich doświadczeń”. Teoria pochodząca od tych, którzy są na marginesie – osób opresjonowanych – ma z natury charakter opozycyjny: patrzy zarówno od zewnątrz jak i od wewnątrz, skupia „uwagę zarówno na centrum, jak i na marginesie”. Metafora hooks od marginesu do centrum odbijała się echem wśród feministek odkąd pojawiła się w 1984 roku.

Zwierzęta znajdują się zarówno na marginesie jak i w centrum dominującej kultury, ale ich miejsce nie jest odbiciem ich statusu jako niezależnych istot, raczej wyrażeniem statusu ludzi, z którymi dane zwierzę żyje. Pamiętam co czułam czytając biografię Fannie Lou Hamer, która pisała, że pies należący do białych farmerów, u których pracowała, miał swoją własną wewnętrzną toaletę, podczas gdy mały domek, w którym mieszkała Hamer czynnej toalety nie miał wcale. Ale podobnie jak futro często obwieszcza zamożność męża kobiety, ubikacja psa daje informację o białej rodzinie korzystającej ze statusu, którym obdarowana jest biała elita.

Choć zwierzęta można znaleźć zarówno na marginesie jak i w centrum, zadanie teorii feministycznej w odpowiedzi na ich opresję jest inne od zadań związanych z pracą na rzecz unicestwienia ludzkiej opresji. Podczas gdy opresjonowani ludzie żyją na marginesie i poruszają się w kierunku centrum w charakterze służących, a nie w pozycji władzy lub po to, aby tam zamieszkać, zwierzęta są wszędzie, ale nigdzie nie są w pełni wolne. Są wszędzie, ale w niewidoczny sposób – jako przedmioty. Na przykład oprócz odzieży wielu ludzi, ciała martwych zwierząt znajdują się w kliszach fotograficznych, żelkach, gumowych oponach, farbach, rakietach tenisowych, nie metalowych pilnikach do paznokci, odmrażaczu do szyb i niezliczonej liczbie innych produktów.

Idąc dalej tropem metafory marginesu, możemy stwierdzić, że opresjonowani ludzie są na marginesach stron naszej kultury, a martwe zwierzęta są stronami, na których ta antropocentryczna kultura zapisała swoje samousprawiedliwienia. W sposób metaforyczny, definiujemy siebie w opozycji do tego, jak postrzegamy zwierzęta. Dosłownie rzecz biorąc, ciała zwierząt są surowym materiałem transformacji papirusu w książkę, materiału bardziej przejściowego w ten trwalszy. Zwoje znad Morza Martwego zrobione są ze skóry. Pergamin, uzyskiwany ze skóry różnorakich zwierząt (najczęściej bydła, owiec, kóz) to uszlachetniona wersja zwojów skórzanych. Rozwój tego nowego materiału (a także welinu, który jest pergaminem wyższej jakości, wytwarzanym ze skóry cieląt), zrewolucjonizował formę książki. Zwoje z papirusu zastąpione zostały przez pergaminowe manuskrypty (współczesną formę książki), które składały się z połączonych razem płatów.

Naszym zadaniem jest wydobyć zwierzęta ze stron, na których zapisujemy swoje antropocentryczne idee na ich temat. Szczerze mówiąc, miło byłoby nie być staruszką pracującą na rzecz poprawy losu zwierząt. Miło byłoby, gdyby zadanie wydobycia zwierząt ze stron naszej antropocentrycznej kultury już się do tego momentu dokonało. To właśnie wyzwanie, które małe staruszki stawiają naszej własnej kulturze.