Dlaczego aktywiści boją się pieniędzy?

Jednym z dużych problemów polskiego ruchu działającego na rzecz zwierząt jest kompleks “Siłaczki”. Aktywiści powinni być biedni, przemęczeni i poświęcający życie dla sprawy.

Napisałam niedawno artykuł na bloga Otwartych Klatek, w którym w skrócie zaprezentowałam coraz popularniejszy pomysł na zmienianie świata: earning to give. Pomysł opiera się na tym, że jeśli chcesz pomóc w działalności organizacji społecznych, możesz zamiast zostawać wolontariuszem lub pracownikiem NGO, zastanowić się czy nie jesteś w stanie zarabiać więcej, żeby być w stanie coraz więcej przekazywać na działalność filantropijną.

Okazało się, że dla niektórych działaczy i działaczek prozwierzęcych jest to pomysł kontrowersyjny i irytujący. Chciałabym więc przeanalizować kilka stawianych zarzutów.

Czy to jest rozwiązanie biorące pod uwagę polskie realia? Jak najbardziej tak! W ruchu prozwierzęcym jest coraz więcej osób, które prowadzą własne firmy i pracują w prestiżowych i dobrze płatnych zawodach. Być może to nie są osoby, które zobaczysz z megafonami na pikietach (chociaż czasami również), ale to nie oznacza, że ich wkład w działania organizacji jest mniej istotny. To osoby, które projektują strony internetowe, dzielą się swoją wiedzą o mediach i marketingu, albo przekazują część zysku swojej firmy na prowadzoną przez organizację kampanię. Nie jest też niczym wyjątkowym przekazywanie co najmniej 10% swoich dochodów na skuteczne organizacje – znam wiele osób, które to robią.

Czy dawanie pieniędzy na kampanię może być więcej warte, niż organizowanie protestów? Najłatwiej, chociaż trochę złośliwie, byłoby odpowiedzieć, że zależy jakich pieniędzy i jakich protestów. Dla mnie samej postrzeganie dobrego aktywizmu tylko z perspektywy akcji ulicznych jest bagażem, który ruch prozwierzęcy powinniej z siebie zrzucić jak najszybciej. 

Takie postrzeganie aktywizmu nie docenia olbrzymiej pracy, która odbywa się często w domu i bez widowni. Nie bierze też pod uwagę, że ludzie różnią się predyspozycjami i temperamentem. Są osoby, które rozmawiając z obcymi ludźmi na stoiskach będą się czuły rewelacyjnie, a dla innych będzie to udręka. Są też osoby, które naprawdę nie czują się komfortowo biorąc udział w manifestacjach i protestach.

Powinno nam zależeć na tym, żeby prawa zwierząt stały się wspólną sprawą dla jak największej ilości ludzi, więc te różnice muszą być brane pod uwagę. Wkład w działania na rzecz zwierząt powinien być ceniony niezależnie od tego, czy polega on na przelaniu 500 złotych, czy zorganizowaniu pikiety pod Sejmem. Potrzebujemy i jednego, i drugiego.

Czy to dobrze, że dyskusje o tym, że warto zarabiać dużo, żeby móc dużo przekazywać na ważne kampanie, trafia do młodych i zaangażowanych osób? Ponownie: jak najbardziej! To właśnie młode osoby są w sytuacji, kiedy mogą jeszcze podjąć decyzję o tym co zrobią w przyszłości ze swoim życiem i jak mogą przeżyć je w sposób, który najbardziej poprawi sytuację na świecie.

Sama dostawałam wiele takich pytań od młodych osób, które decydując się na podjęcie studiów chcą wziąć pod uwagę potrzeby ruchu prozwierzęcego. Być może warto, żeby wśród rozważań, czy lepiej zostać wegańskim dietetykiem, czy weterynarzem, pojawiły się też opcje w stylu – mogę zostać programistą/programistką i nawet jeśli nie będę pracować bezpośrednio ze zwierzętami, to moje zarobki umożliwią uratowanie wielu zwierząt każdego miesiąca. Dodanie takich dodatkowych opcji pozwala też znaleźć miejsce w ruchu prozwierzęcym nowym osobom, które być może w przeciwnym razie nie znalazłyby dla siebie w nim miejsca.

Uważam jednocześnie, że to bardzo ważne, żeby aktywiści i aktywistki brali pod uwagę również swoje szczęście i aspiracje, kiedy zastanawiają się jak najlepiej pomagać zwierzętom. Poprawa sytuacji zwierząt hodowlanych jest olbrzymim przedsięwzięciem i będziemy nad tym pracować prawdopodobnie do końca życia. To nie jest sprint tylko ultramaraton. Jeśli nie znajdziemy dla siebie sposobu na działanie, który oprócz tego, że jest skuteczny i ważny, sprawia nam również przyjemność i daje nam poczucie, że się realizujemy, to prędzej czy później odpadniemy z tego biegu.

Ja żałuję, że kiedy planowałam studia, nie było jeszcze takich materiałów jak 80000 hours, które podpowiadają jak sprawić, żeby Twoje decyzje zawodowe miały jak najlepszy wpływ na świat. Obecni młodzi aktywiści i aktywistki mają taką możliwość i mam nadzieję, że będą z niej w jak największym stopniu korzystać. Pracujmy razem dla zwierząt, jako wolontariusze, zatrudnieni i darczyńcy. Dar czasu jest tak samo ważny jak dar wiedzy i dar finansowy. Walczymy z wielkim wrogiem, więc potrzebujemy do tego jak największej ilości narzędzi. 

Advertisements

Nie mój feminizm

Nie mój feminizm

Jedną z rzeczy, które sprawiają, że tracę cierpliwość do ruchu kobiecego, jest jego stosunek do nauki. Cały mój wpis jest jednak wynikiem tego, że równouprawnienie jest dla mnie celem ważnym i cenię wiele inicjatyw promujących udział kobiet w życiu politycznym. Jedną z takich inicjatyw jest Kongres Kobiet.

Jak wiele kobiet jestem przekonana, że nauka jest najlepszym znanym nam sposobem zdobywania wiedzy o świecie i daje nam bardzo dobre informacje na temat tego, jak ten świat zmieniać na lepsze. Posługiwanie się wybiórczymi informacjami o świecie i błędną metodologią nie pomoże nam w niczym, chociaż może poprawi czasami humor. Kobiety będą w stanie zdecydowanie skuteczniej wywalczyć pełne równouprawnienie w sferze społecznej i politycznej, jeśli aktywistki i organizacje będą więcej uwagi przykładać do tego, co nauka mówi nam o zmianie postaw ludzi.

Na pewno pomoże też to, że ruch kobiecy nie będzie robił z siebie naukowego pośmiewiska.

Dwa lata temu brałam udział w panelu w ramach Centrum Zielonego na Kongresie Kobiet. Jedną z zaproszonych kobiet była wykładowczyni SGGW, która zdecydowała się przedstawić dane na temat żywienia, które bardzo odbiegają od współczesnego stanu wiedzy na temat diet roślinnych i stoją w sprzeczności z zaleceniami największych organizacji dietetycznych. Nie lubię, kiedy weganie i wegetarianie opierają się na pseudonauce i wybiórczym cytowaniu badań. Nie lubię, kiedy ktoś robi to samo promując zjadanie zwierząt.

Okazało się jednak, że na Kongresie Kobiet więcej kontrowersji wzbudza zwrócenie współpanelistce uwagi, że mówi bzdury, niż wygłaszanie bzdur. Dotarła już do mnie opinia, że jestem dla KK osobą kontrowersyjną.

W tym roku internauci i internautki wykopali na stronie Kongresu jeszcze więcej bzdurnych treści, co nie świadczy to dobrze o rzetelności osób odpowiedzialnych za układanie programu i zapraszanie gości. Mamy tu szarlatana Jerzego Ziębę, warsztaty promujące pseudoteriapie, medycynę alternatywną i paraleki. Nie wiem jak dokładnie te sprawy mają się do praw kobiet i pewnych realnych problemów, które tu i teraz mają kobiety w Polsce i na świecie.

Myślę, że jednym z powodów romansu ruchu kobiecego i pseudonuki jest to, że nie uwolniliśmy się od myślenia o kobietach, jako istotach będących bliżej natury, które jednak najlepiej czują się plotąc wianki i biegając boso po łące, niż psując sobie oczy przed komputerem, albo prowadząc wiece polityczne.

Taką reflekcję nasuwa mi nawet postać, w jakiej ruch ekologiczny i ruch działający na rzecz zwierząt znalazł się na samym Kongresie Kobiet. Mamy tutaj debatę: Ekofeministki czy Ekoterrorystki. Ekoterroryzm to słownictwo z repertuaru grup interestu, które zwalczają wszelkie działania na rzecz zwierząt i środowiska. Ekofeminizm to ślepa ścieżka feminizmu, która w wielu przypadkach promuje bardzo antykobiecy i antyrównościowy sposób postrzegania kobiet. Takie zestawienie tematów jest płytkie i przedstawia problematykę cierpienia zwierząt i ekologii w stereotypowy sposób.

Wolałabym, żeby tematyki dotyczącej zwierząt w ogóle tam nie było, niż żeby pojawiała się w tak absurdalnej formie.

Sam pomysł włączania zagadnień związanych z innymi ruchami społecznymi jest szczytny. Ale błagam, zaproście do organizacji takich paneli i wykładów osoby, które mają o tym faktyczne pojęcie. Ja nie wyobrażam sobie, żeby zapraszać feministki na konferencję poświęconą prawom zwierząt i oferować im udział w panelu: “czy feministki nie golą nóg”. Jeżeli wyciągamy rękę do innych ruchów społecznych to róbmy to z szacunkiem i wkładając wysiłek w zrozumienie ich postulatów i problematyki, którą się zajmują.

Myślę, że po obecnej edycji Kongresu Kobiet postulowałabym również zaproszenie do współpracy kobiet związanych z nauką, które będą miały prawo nie dopuścić do pojawienia się na tej imprezie bzdur, które podważają wiarygodność tej imprezy i tym samym ośmieszają ruch kobiecy.